Nauczyciel z Pasją - Ludwik Sikorski

Bohater miesiąca: pan Ludwik Sikorski.
Gdy nie prowadzi lekcji, wskakuje do zimnej wody, biegnie przez trasę triathlonu albo zdobywa kolejny szczyt. Drugi bohater naszego cyklu „Nauczyciel z pasją” udowadnia, że determinacja i pasja nie kończą się po dzwonku.
 
Jak zaczęła się Pana przygoda ze sportem? Czy pamięta Pan pierwszy moment, kiedy poczuł Pan, że to coś więcej niż zwykłe zajęcie?
 
Mój tata był trenerem judo i to on zabrał mnie na pierwsze treningi w łódzkiej Resursie. Ale jako dziecko byłem przysłowiową „olamą”. Dopiero potem mocniej się zaangażowałem. Była lekkoatletyka, kick boxing, boks, a potem zakochałem się w koszykówce. A na „starość” zacząłem uprawiać triathlon i biegi ultra.
 
Co daje Panu sport, czego nie daje nic innego w życiu?
 
Uczy. Szczerze? Ja nie lubię biegania! Ale jak nauczyłem się zmuszać do biegania, to głowa nauczyła się zmuszać do innych rzeczy, które niekoniecznie są miłe w moim życiu. To pomaga.
 
Jak odkrywa się swoją prawdziwą pasję? Czy to proces czy jedna konkretna chwila?
 
To się czuje. Jak z zakochaniem się w mojej żonie. Nie było sprecyzowanych kryteriów, czy oczekiwań. Po prostu pewne rzeczy się wie i czuje.
 
A co, jeśli pasji jest wiele — tak jak u Pana? Jak to połączyć z pracą w szkole i życiem codziennym?
 
„Jeśli mówisz, że nie dasz rady, to nie dasz. Jeśli mówisz, że dasz, to dasz”. To jeden z moich ulubionych cytatów.

Czy sport i pasje pozaszkolne pozwoliły Panu odkryć coś nowego o sobie? Co to było?
 

Można by się rozpisywać. Zawsze, co paradoksalne, męczyło mnie życie w komforcie. W cieple. Leżąc. Śpiąc długo. Dopiero gdy odkryłem sporty wytrzymałościowe, morsowanie, cenne poranki od 4.00 czasem, żyje mi się lepiej.


Czy zdarzały się chwile, kiedy pasje stawiały Pana przed trudnym wyborem lub odważną decyzją?
 

„Jeśli czemuś mówisz tak, to czemuś mówisz nie” Kolejny mój ulubiony, tym razem stoicki cytat. Wybory są dokonywane codziennie i najczęściej są to niby małe wybory, które potem kumulują się w bycie kim się jest.
 

Czy był moment, w którym chciał Pan zrezygnować z treningów albo zawodów? Co Pana zatrzymało?
 

Miesiąc temu. Ponad 100 dni przygotowywałem się do biegu na 80km w górach. A kilka tygodni przed startem złamałem dwa palce u nogi. Ale za to pojechałem przejść 50km pod Parku Krajobrazowym Gór Stołowych, znajdując sobie wyzwanie adekwatne do zdrowia. W pierwszej chwili to nawet się popłakałem, bo tyle serca włożyłem w przygotowania. Ale dla mnie droga jest celem. Każdy trening który zrobiłem, był dobrą decyzją.
 

Jak triathlon, góry i inne wyzwania sportowe uczą Pana cierpliwości, wytrwałości i pokonywania własnych ograniczeń?
 

Ja lubię porównanie gór do życia. Bo w górach, jak i codziennie, czasem mozolnie idziemy pod górę, coś jest nie po naszej myśli. Czasem jest wypłaszczenie, czyli takie normalne dni. A czasem super i z górki. A jakie widoki!
 

Jak utrzymuje Pan motywację, gdy jest trudno — zmęczenie, presja, brak czasu?
 

Motywacja jest przereklamowana. Dyscyplina jest ważniejsza.
 

Co trudniejsze: trenować innych czy być trenerem dla samego siebie?
 

Zależy. Chyba innych. Nie zawsze mają dyscyplinę.
 

Trenując podopiecznych — co chce Pan im przekazać oprócz samej techniki sportowej?
 

Że sport nie jest najważniejszy. Że to tylko uzupełnienie życia, chociaż ważne. Zawsze mówię, aby nie zaniedbywali relacji, rodziny, pracy. Wtedy sport amatora ma największy sens: gdy niesie zdrowie, zabawę.
 

Czy dzięki swojej pasji zainspirował Pan kogoś do odnalezienia własnej drogi?
 

Myślę, że wiele osób. Ale nie chcę się chwalić  I mam kilka pięknych historii „w rękawie”. Może kiedyś opowiem.
 

Czy ma Pan jakąś krótką, zabawną anegdotę związaną ze sportem, która zawsze poprawia humor?
 

Sporo tego. Mogę napisać o jednej…. Biegłem 45km w Kudowie Zdroju. Akurat biegłem przez Błędne Skały, dość popularny punkt turystyczny. I zachciało mi się… siku. Była 8 rano. Temperatura odczuwalna -17 stopni. Deszcz ze śniegiem. Nie spodziewałem się więc nikogo, zatem pozwoliłem sobie ulżyć. I po dosłownie 5 sekundach od rozpoczęcia procesu odwadniania, zza skał wyszła najpierw trójka dzieci, potem ich mama. Spojrzeli na mnie, uśmiechnęli się i powiedzieli „Ahoj”  Czesie są bardzo mili 
 

Jak wygląda Pana codzienny rytuał treningowy i jak udaje się go pogodzić z obowiązkami szkolnymi?
 

Nie mam rytuału. Trenuję co mogę i kiedy mogę i na co mam ochotę. Kiedyś narzuciłem sobie za duży reżim i nie było z tego zabawy. Teraz się cieszę, że mając prawie 50 lat mogę robić takie rzeczy, jednocześnie ćwicząc z młodzieżą czasami.
 

Czy treningi pomagają Panu „naładować baterie” przed spotkaniem z uczniami?
 

Tak. Mam ADHD, więc dopamina musi mi towarzyszyć. I nie tyle to ładuje baterie, co bardzo dobrze nastawia na wyzwania dnia.
 

W jaki sposób sport wpływa na Pana relacje i autorytet wśród uczniów?
 

Myślę, że dobrze. Młodzież, zwłaszcza starsza, docenia fakt, że nie tylko ja, ale wszyscy nauczyciele wychowania fizycznego w naszej szkole, ciągle uprawiamy aktywność fizyczną. Nie mamy brzuszków jak arbuz, nie sapiemy gdy mamy wyjąć piłki z magazynku. I widać, że nawet się cieszą, gdy z nimi ćwiczymy i umiemy jeszcze pokazać wszystkie ćwiczenia.
 

Czy doświadczenia sportowe pomagają Panu radzić sobie ze stresem szkolnym i trudnymi sytuacjami?
 

Jak wspomniałem wcześniej, sport dał mi wiele. Początkowo miałem iść na filologię angielską, dostałem się również na filozofię. Ale gdzieś zawsze czułem, że sport to mój towarzysz życia. Dzięki niemu uciekłem depresji. Mogę robić wiele rzeczy, których moi rówieśnicy już dawno zapomnieli, że robić mogli. Sport nauczył mnie też odwagi, że zaryzykowałem kiedyś, wydając całą pensję na kursy triathlonowe. Otworzyłem firmę. Teraz mam swoją działalność i mogę płacić za zamówienia mojej żony z Temu, jedzenie syna (sporo to kosztuje hehe) i sportowe zachcianki córki. Dużo podróżuję, wyjeżdżam co najmniej raz na dwa miesiące. I już wiem, ze dzięki sportowi, za jakiś czas, zamieszkam tam, gdzie mi się marzy. Ale to jeszcze troszkę. Skończyłem również dziennikarstwo, ale im dalej w las, tym bardziej zniechęciłem się do aktualnego poziomu tego zawodu.
 

Jaką radę dałby Pan innym nauczycielom, którzy chcieliby, aby ich pasje poza szkołą wzbogacały pracę z młodzieżą?
 

Niech dzieci widzą, że to lubisz. Trzeba być wiarygodnym dla młodzieży. Otwartym. I umieć się śmiać z samego siebie, przyznawać do błędów i robić z siebie czasem wariata. Ale takiego, do którego młodzież się uśmiechnie na korytarzu, licząc na chociaż kilkuminutową, szczerą, fajną wymianę zdań.
 

A jakie ma Pan pasje, o których jeszcze nie wiemy? 
 

Moje psy. Zwłaszcza mój buldog, Mike (imię od Mikea Tysona ). W życiu nie spotkałem tak empatycznego i oddanego zwierzaka, a pomyśleć, że trzy lata się broniłem przed posiadaniem pupila. Teraz mamy dwa psy, drugi to Boomer. ADHD po mnie 

Poza tym, kocham co najmniej raz w roku wyjechać samemu pochodzić kilka dni w górach. Tylko ja sam, unikając cywilizacji i elektroniki.

Czytam książki i rozprawy filozofów, zwłaszcza stoików., zwłaszcza Seneki i Marka Aureliusza.

Interesuje się ewolucją, ciekawi mnie wszystko co powie mi skąd jesteśmy i dlaczego tacy jesteśmy. I polecam książkę „Sapiens”.

Kocham morsować, a w cieplejsze miesiące potrafię przez dwa tygodnie, po 6 godzin dziennie siedzieć na rybach. Wszystkie wypuszczam, więc nie proście abym Wam przywiózł.

I mogę słuchać, od lat, i chyba do końca życia, Counting Crows, The Streets, Fisza.

I reszty rzeczy nie zdradzę, bo może się za bardzo zdziwicie 

A moimi najlepszymi przyjaciółmi są żona, syn i córka. 

Chociaż bardzo lubię towarzystwo moich przyjaciół z "kanciapy WF" ;-) Z panią Ola kocham rozmawiac o psach i rybach. Z panem Krymarysem o filmach, a panem Stępniewkim o muzyce. 

A w moim pierwszym dowodzie osobistym miałem wpisane „wysoki”. To były piękne czasy 
 

Z tego co słyszę, teraz są jeszcze piękniejsze. Dziękujemy za inspirację.
 

Rozmawiała Katarzyna Słowikowska